Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
"Harry Poter" -Rozdział dwudziesty - "Mapa Londynu"

Tak blisko do nieba ...

Wizyt: 17731
Strona Główna
Ksiega Gości
2
Dodaj do Księgi

2008
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Wrzesień
Lipiec
Maj
Kwiecień


marciocha

Dodaj do Ulubionych





Sami zobaczcie

powered by: blog4u
lay by: Namida

5th.maj.07

"Harry Poter" -Rozdział dwudziesty - "Mapa Londynu"

Hermiona oddychała szybko. Przełknęła ślinę i spojrzała na Harry’ego.
- Nie uwierzysz, kogo widzieliśmy – wysapała
- Kogo?
- Malfoy’a.
- Jak to? Przecież to niemożliwe. Mogło się wam wydawać.
- Też tak myśleliśmy. Ale Ron miał przy sobie omnioklulary i widzieliśmy go dokładnie. Mogłam nawet policzyć krosty na jego wrednej gębie. Stał przy bramie Hogwartu. Po chwili teleportował się.
Harry zaniemówił. Dlaczego Malfoy przybył tu i naraził się na takie niebezpieczeństwo? Co skłoniło go do tego? Lub kto? Miał mętlik w głowie.
- Chyba przydałoby się, gdybyście poszli w tym do McGonagall, nie sądzisz? – stwierdził
- Jasne, zaraz pójdziemy. Chcielibyśmy, byś wiedział od nas. Chodźmy.
Harry nie ruszył się z miejsca.
- A ty co? Głuchy czy niepełnosprawny? Idziemy do McGonagall, ruszaj się. – zganił go Ron.
- Przecież mnie tam nie było.
- I co z tego? Idziesz z nami.
Wyszli z Pokoju Wspólnego i ruszyli do gabinetu dyrektora. Podali hasło i weszli na schodek, by wjechać na górę. Zapukali dwa razy, ale nikt nie odpowiadał.
- Pewnie jej nie ma – powiedział cicho Ron
- Lepiej sprawdźmy. – odparła Hermiona łapiąc za klamkę.
Drzwi były otwarte.
- Pani profesor? – cała trójka weszła za Hermioną.
- Mówiłem ci, że nikogo tu nie ma – skarcił ją Ron
- Może zaczekajmy, trzeba jak najszybciej o tym powiedzieć – zaproponował Harry
- Ten... – zaczął Ron i chciał już przekląć Malfoy’a, gdy ktoś mu przerwał
- Lepiej tego nie kończyć, panie Weasley – to McGonagall stała przed nimi.
- Eee... przepraszam... – Ron patrzył na nią, jakby zjadł właśnie krowi placek.
- Z czym przybywacie? Mniemam, że musi być to coś ważnego, skoro weszliście do pustego gabinetu dyrektora
- Przecież pani była w środku.
McGonagall spojrzała wymownie w sufit.
- A więc o co chodzi? – zapytała
- Widzieliśmy Dracona Malfoy’a przy bramie Hogwartu. Mamy go nagranego na omniokularach, gdyby pani nie wierzyła.
- Załóżmy, że nie wierzę. Pokażcie mi to nagranie.
Ron podał dyrektorce specyficzną lornetkę. Ale zanim ta zaczęła oglądać nagranie, zabrał omniokulary z powrotem. Nastawił obraz i ponownie dał przedmiot kobiecie.
Po obejrzeniu materiału McGonagall rzekła:
- Muszę powiadomić Ministerstwo Magii. Rekwiruję te hmm... omniokulary, tak? No więc je rekwiruję.
- Ale pani profesor... eee... Bo ja tam mam prywatne krótkie filmy... Czy mógłbym je teraz usunąć?
- Nie przesadzaj, przecież ich nie zjem. Przepraszam was, muszę się udać do Londynu.
Wyszli z gabinetu. Ron i Hermiona mieli trochę skwaszone miny.
- Co ty tam Ron masz nagrane?
- A tam.
Harry popatrzył na niego uważnie, gdyż nie był do końca przekonany co do błahości sprawy. Jednak Ron zrobił minę niewiniątka i poszedł dalej.
Następnego dnia wszyscy uczniowie wrócili do Hogwartu, ponieważ był to ostatni dzień przerwy świątecznej. Jutro miały już zacząć się zajęcia, a wielu z nich nie ruszyło swoich prac domowych, mimo iż obiecywali sobie, że zrobią to w ferie. A święta, jak święta, towarzyszą wielkiemu lenistwu i rodzinnej atmosferze, więc nikt wtedy nie myślał o sprawie tak przyziemnej jak praca domowa.
Harry stał przy wejściu i wypatrywał swojej rudej dziewczyny. Zaczął powoli tracić cierpliwość. Nagle ktoś dźgnął go różdżką w plecy. Odwrócił się i zobaczył obładowaną bagażami Ginny.
- Cześć. Pomożesz mi? – zapytała
Wziął od niej większość manatków i przecisnął się przez tłum witających się osób. Położył wszystko obok innych bagaży i wszedł z Ginny do Wielkiej Sali.
Rona i Hermiony jeszcze nie było, więc usiedli na końcu stołu gryfonów. Po niedługim czasie przyszedł Ron.
- Hermiony jeszcze nie ma? – zapytał siadając
- Myśleliśmy, że jest z tobą – odpowiedział Harry
- A ja, że z wami. Nie było jej w Pokoju Wspólnym.
Brązowowłosa właśnie szła w ich kierunku. Usiadła obok nich.
- Właśnie wracam z biblioteki. Eee... Ginny, mogłabyś nas na chwilę zostawić?
Dziewczyna zrobiła naburmuszoną minę.
- Uwierz mi, im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie.
Ginny wstała i poszła do swoich koleżanek, a Hermiona kontynuowała:
- Mamy problem. Sprawdzałam, w jaki sposób możnaby bezpiecznie wyjść ze szkoły i wrócić z powrotem, nie wzbudzając podejrzeń. Obawiam się, że nie ma takiego sposobu.
- Jak to? A gdyby teleportować się... – zaczął Ron
- W Hogwarcie nie można się teleportować. – oświadczyła Hermiona monotonnym głosem.
- Wiem. – burknął Ron ze złością – Chodziło mi o teleportację poza bramami Hogwartu. Ty tak przecież wróciłeś z Grimmauld Place 12, prawda?
- Ale musiał kogoś poprosić o otwarcie bramy. I nie chodzi tu tylko o otwarcie zamka. McGonagall musiała też ściągnąć zaklęcia chroniące Hogwart, bo inaczej Harry na pewno nie przeszedłby.
- A Annabell jak podróżuje? Może jej kominek jest podłączony do sieci Fiuu... – powiedział Harry
- Co ci po sieci Fiuu? Żadnym kominkiem z Hogwartu teraz nigdzie się nie przedostaniesz. Nowe zarządzenie Ministerstwa, tata mi mówił. Hogwart jest całkowicie odłączony od sieci Fiuu. – odpowiedział Ron
- To jak ona przedostaje się do Kwatery Głównej Zakonu?
- Tak jak my, świstoklikiem McGonagall - odpowiedziała Hermiona
Spojrzeli nagle na siebie.
- Świstoklik... – powiedzieli razem
- To jest to! – Hermiona promieniowała – Świstoklikiem możemy przenieść się do Kwatery Głównej, a z tamtąd do każdego kominka.
- Tylko do którego – powiedział smętnie Ron – Przecież nie możemy komuś wyjsć z kominka i jakby nigdy nic wyjść na ulicę.
- Na miotłach, co za trudność? – zaproponował Harry
- To są dwie różne części Londynu. W dodatku moja miotła jest jakby... Niesprawna...
- Niesprawna?
- Potnęłam się o nią i nadłamała się. W każdym bądź razie nawet do sprzątania teraz się nie nadaje. Nie miałam kiedy kupić nowej... A w dodatku praktycznie jej nie używałam, więc nie przejęłam się zbytnio...
- No to z zasobu szkolnego możnaby wziąć.
- Coś ty! Na Szczocie 2600 z dotarciem do Hogsmade miałbyś problem. Przecież masz poradnik quidditcha, powinieneś wiedzieć. Miotły odpadają. – rzekł Ron
- A więc pozostają kominki. Ron, znasz kogoś z Forrenheight? – zapytała Hermiona
- Kurde! Jak mogłem o tym nie pomyśleć! Mój tata ma kolegę z roboty, mieszka w dzielnicy obok. W Treetern, jeśli dobrze pamiętam. Nazywa się Alfred Milan.
- Idziemy – oświadczyła Hermiona
- Co?! Ja jeszcze nic... – protestował Ron patrząc na zastawiony stół.
- Idziemy! – powtórzyła
Ron złapał tost i pobiegł za Harrym i Hermioną. Weszli do biblioteki, a rudzielec natychmiast schował jedzenie za plecami, w obawie przed panią Pince. Hermiona stanęła przy ostatnim regale i zaczęła czegoś szukać. Wróciła do chłopaków ze złożonym pergaminem w dłoni.
- Co to jest? – zapytał Harry
- Mapa Londynu – odpowiedziała, rozkładając pergamin.
Zaraz potem złożyła górę, potem bok, następnie rozłożyła i wykonała jeszcze kilka innych ruchów.
- Co ty robisz? – zapytał ponownie
- Nigdy nie korzystałeś z czarodziejskiej Mapy Londynu?
Po chwili wskazała palcem na fragment mapy.
- Tu jest Treetern, a ty Forrenheight. Trzeba znaleźć tego Milana i dom rodziców Voldemorta. Ten drugi zapewne jest opuszczony i pewnie leży na przedmieściach miasta. Ron, ty szukaj kolegi swojego ojca, a ja wezmę się za dom Riddle’ów.
- Chyba zapomniałaś o mnie – powiedział oburzony Harry
- Ty chyba musisz wyjść. – powiedziała wskazując głową na drzwi, z miną, jakby właśnie zjadła cytrynę.
Stała tam Synthia i patrzyła na Harry’ego. Najwyraźniej czekała na niego. Harry wyszedł i zapytał:
- Czemu nie weszłaś?
- Chyba byliście zajęci. Nie chciałam wam przeszkadzać.
- O co chodzi?
- Chcę pokazać coś tobie i Lunie. Wydaje mi się, że spodoba się wam to. Zabierz też swoich przyjaciół.
Harry przypomniał sobie minę Hermiony. Doszedł do wniosku, że nie jest to dobry pomysł.
- Lepiej nie. Gdzie jest to, co chcesz nam pokazać?
- Wiesz... Najlepiej to spotkajmy się za pięć minut przy łazience Jęczącej Marty. Wolę, by nikt nie wiedział, gdzie to jest, a tutaj ktoś może nas usłyszeć.
- Jasne.
- To do zobaczenia za pięć minut.
Harry wszedł z powrotem do biblioteki, by po chwili znów z niej wyjść. Udał się w kierunku łazienki i po drodze zauważył, że podłoga jest cała mokra.
Pewnie Marta znów zalała łazienkę, pomyślał.
I miał rację. Woda lała się spod drzwi łazienki. Starając się nie wchodzić w większe kałuże podszedł do czekającej już Synthi.
- Gdzie Luna? – zapytał
- Nie wiem. Szukałam jej w Pokoju Wspólnym, w Wielkiej Sali i nigdzie jej nie znalazłam. Pokażę jej kiedy indziej.
Poszli przed siebie. Harry zastanawiał się, gdzie właściwie idą. Po drodze Synthia mówiła cicho:
- Rodzice przysłali mi go na święta. Tak naprawdę nie wiem, do czego może mi się przydać, ale jest fascynujący.
Stanęła przy drzwiach i rozejrzała się. Na końcu korytarza stał tylko Dean Thomas. Weszli do środka. Byli w jakiejś starej klasie. Najwyraźniej dawno nikt tu nie sprzątał, ponieważ wszędzie leżała gruba warstwa kurzu, a w kątach i na ścianach wielkie pajęczyny. Synthia podeszła kredensu i wyciągnęła z szuflady koc. Zastanawiał się, do czego właściwie jest jej potrzebny. Była z siebie bardzo zadowolona. Rozłożyła go i zapytała:
- Czyż on nie jest cudowny?
Harry spojrzał na podłogę. Leżał na niej fioletowy dywan, nie koc. Był cały haftowany, a w prawym rogu widniał napis „Synthia Brown”. Harry nie widział w nim nic cudownego.
- No ładny, ładny – odpowiedział
Synthia wyciągnęła różdżkę i dotknęła nią tkaniny. Dywan podniósł się i zatrzymał na wysokości kolan Harry’ego.
- Czy to jest latający dywan? – zapytał
- No jasne! A co niby? Wykładzina?
Usiadła na unoszącym się materiale. Wyglądało to, jakby siedziała na taborecie.
- No siadaj – zachęciła
Harry niepewnie podszedł i usiadł powoli. Nie poczuł niczego szczególnego. Wydawało mu się, że siedzi na łóżku. Synthia uśmiechnęła się.
- I co? Fajnie, nie?
- No... – odpowiedział przeciągle
Siedzieli blisko siebie. Zbyt blisko. Synthia popatrzyła mu głęboko w oczy. Zaczęła się do niego przybliżać. On zrobił to samo. W końcu złączyli się ustami, a Harry zaczął gorączkowo myśleć:
Co ja robię? Przecież kocham Ginny! Co do cholery wyprawiam?!
Chciał odepchnąć od siebie Synthię, ale zanim to zrobił, ktoś wszedł do pomieszczenia. Harry momentalnie odwrócił się i zobaczył stojącego w drzwiach Rona z nieokreślonym wyrazem twarzy. Rudzielec prędko wyszedł.
- Ron! – krzyknął Harry
Wstał szybko i pobiegł za nim.
- Ron! Daj mi to wyjaśnić!
- Nie trzeba niczego wyjaśniać! Wystarczająco widziałem.
- To nie tak! No zaczekaj chwilę!
Ron obrócił się na pięcie. Był wściekły.
- Co?! Mam na ciebie czekać? Ron, zrób to, Ron, zrób tamto. Nie jestem twoim poganiaczem! My z Hermioną harujemy, ja przychodzę powiedzieć jaśnie panu, co znaleźliśmy, a ty w tym czasie obściskujesz się z tą starą podrywaczką! Po co mojej siostrze dajesz te złotności?! Chcesz ją przekupić, czy jak?! To, że jesteśmy biedni, wcale nie znaczy, że nie znamy swojej wartości!!! Wracaj do tamtej, pewnie chce ci coś jeszcze pokazać.
Odwrócił się i zaczął iść.
- Ron, ja...
- Odwal się.
I zostawił Harry’ego samego na korytarzu.

Angel
[Powrót]
Komentuj